logo

Z Maią we Wrocławiu, czyli bal u Szarlatana

Zamiast wstępu
Kiedy z Mateuszem planowaliśmy wyjazd do Wrocławia, gdzie miałem poprowadzić dwie tury warsztatowe przy okazji Olympus Perspective Playground, dotarło do nas, że będziemy mieli wolny wieczór w pięknym mieście, pełnym interesujących ludzi. Nie wypadało spędzić takiej chwili siedząc w hotelu, po prostu nie wypadało - chcieliśmy zrobić fajne zdjęcia! Dlatego rozglądaliśmy się po wrocławskich lokacjach, ale przede wszystkim, szukaliśmy kogoś, z kim moglibyśmy zrobić sesję. Maia wydała mi się dziewczyną nie tylko atrakcyjną i fotogeniczną, ale przede wszystkim - przesympatyczną. Zatem umówiliśmy się z nią na popołudniową sesję w jej mieście.

Plany na sesję

Dziwnie się czułem przeszukując zasoby internetu pod kątem interesującej lokacji w obcym mieście; dekadę temu było to dla mnie nie do pomyślenia! Omawialiśmy z Mateuszem nasze znaleziska i propozycje, w końcu stanęło na antykwariacie Szarlatan i niezwykle popularnym wśród instagramowiczów zaułku z neonami; do Szarlatana zadzwoniłem, by zapytać o zgodę i warunki fotografowania, a w zaułku z neonami nie spodziewaliśmy się żadnych problemów.

Wrocław to wyjątkowo atrakcyjne miasto; Małgoneta przypomniała mi, że byliśmy już tam wcześniej, przy okazji promocji płyty Wojtka Pilichowskiego i jego koncertu w klubie Szuflada - ale to był naprawdę dawno, dawno temu :) Zapamiętałem z tamtego wypadu tylko tyle, że wrocławskie stare miasto w sumie przypomina nasze, lubelskie, tylko jest dwa razy większe i kamienice są połowę wyższe. Ten element Wrocławia się nie zmienił i - mam nadzieję, że się nie zmieni.

Antykwariat Szarlatan

Nie ma co pisać o podróży do i przez Wrocław. Przyjechaliśmy, zameldowaliśmy się w hotelu Zoo, zwiedziliśmy Czasoprzestrzeń, czyli starą zajezdnię tramwajową, gdzie Olympus miał swoją wypasioną imprezę (o moich warsztatach podczas Perspective Plaground pisałem tutaj) i po sprawdzeniu fotograficznego ekwipunku (czyli aparatów Olympus OMD E-M1 mk2 z zestawem obiektywów z serii PRO) ruszyliśmy do punktu spotkania.

Antykwariat Szarlatan okazał się miejscem wyjątkowo fotogenicznym ale też niezwykle przytulnym; gdzie i jak się człowiek nie ruszy, do czegoś się musi przytulić. Na wszędzie stojących regałach, na ścianach, pod ścianami i zwisających z sufitu jest tam tyle fajnych rzeczy, że nie bardzo zostaje miejsca na swobodne zwiedzanie. I o ile nie przeszkadza to w zakupach, w fotografowaniu, niestety, tak. Musieliśmy też bardzo uważać na otoczenie, bo każdy nieuważny ruch łokciem, czołem, czy kolanem mógł skończyć się nieszczęściem dla jakiegoś delikatnego drobiazgu, a tego chcieliśmy uniknąć za wszelką cenę. Od włodarzy tego miejsca dostaliśmy też jasne wytyczne: żadnego błyskania, wyraźnie oznaczenie ich na social mediach, klienci mają zawsze pierwszeństwo. Zasady jasne i proste, wiadomo, że przyjęliśmy je bez wahania.

Ledwie zdążyliśmy z Mateuszem okrążyć cały antykwariat uważnie wypatrując konkretnych lokacji gdy zjawiła się nasza przyszła modelka w towarzystwie swojego chłopaka. Zarówno Maia jak i Filip okazali się otwartymi, bardzo sympatycznymi ludźmi i już po chwili wiedziałem, że to będzie udane popołudnie. Mieliśmy do dyspozycji świetną miejscówkę, przygotowaną i chętną do współpracy modelkę oraz ogromną torbę z rekwizytami i strojami na zmianę. Ta torba i jej zawartość z jednej strony bardzo mnie ucieszyła - otwierała przed nami tyyyyle możliwości, z drugiej - po szybkim zwiadzie naszej lokacji wiedziałem, że nie będziemy mieli możliwości z tego wszystkiego skorzystać. W tej sytuacji, Filip został obarczony przywilejem opieki nad torbą oraz kuframi z naszym sprzętem, a my mogliśmy przystąpić do fotografowania.

Przez kolejne 30 minut zmienialiśmy się z Mateuszem "na prowadzeniu" a Maia błyskawicznie wczuwała się w role, jakie dla niej zaplanowaliśmy; miejsce było bardzo subtelnie oświetlone, wcześniej dostaliśmy wyraźny zakaz używania światła błyskowego, dlatego musieliśmy polegać na wyższych czułościach (to Mateusz i jego Canon) albo dłuższych czasach naświetlania i stabilizacji matrycy w aparatach Olympusa. Fotografowałem zarówno moim Nikonem jak i Olympusem, ale tak się złożyło, że wszystkie zdjęcia w pierwszej galerii pochodzą z Olympusa OMD E-M1 mk2 i obiektywu M.Zuiko Digital 45 mm f/1.2 PRO

Tutaj uwaga dla tych, co lubią tzw. "real world review" czyli testy sprzętu przeprowadzone na konkretnych sesjach, a nie w warunkach laboratoryjnych: stabilizacja matrycy w Olympusie naprawdę robi robotę; używałem czasów 1/80 przy ISO 200 z obiektywem odpowiadającym 90 mm na "pełnej klatce". Fotografowanie takim zestawem było szybkie, sprawne i po prostu - przyjemne.

Maia pozowała, my próbowaliśmy szukać odpowiedniej perspektywy (czyli głównie siedzieliśmy na podłodze w wąskich przejściach), a Filip streamował relację na żywo na moim Instagramie. Bawiliśmy się świetnie, ale niestety, jak wspomniałem na samym początku, Szarlatan to bardzo "przytulny" antykwariat i nasza czwórka wprowadzała zbyt dużo zamieszania do tego cichego miejsca, dlatego po niespełna 30 minutach musieliśmy pomaszerować ku następnym wyzwaniom.

Galeria Neonów na Ruskiej

Gdy przegląda się wrocławskie instagramy, często można spotkać wyjątkowo kolorowe zdjęcia neonów z podwórka Ruskiej 46. Bardzo, bardzo chciałem mieć takie zdjęcie, by móc do niego wracać i wspominać sobie tą wyprawę. Niestety, życie ma inne plany i stawia przed nami rozmaite wyzwania. Gdy około godziny 18 (był 26 lutego, więc od dawna było kompletnie ciemno) pojawiliśmy się na rzeczonym podwórku, świecił się tylko jeden neon, a całe podwórko było zastawione samochodami :/

Staliśmy naszą wesołą gromadką pocierając przedramiona, gdyż lutowy chłodek zaczynał się dawać we znaki i czekaliśmy, czy i kiedy włączą kolejne neony. Czas nam płynął przyjemnie, mieliśmy w końcu okazję chwilkę porozmawiać z Filipem i Agatą, czyli mamą naszej uroczej modelki, ale wiecie, luty, wieczór, chłodek. Zaczepiłem jednego z pracowników restauracji, który wyszedł na podwórko by "zaczerpnąć świeżego powietrza" i zapytałem, co z tymi neonami?

O, panie - odpowiedział mi zagadnięty. - Oni je włączają tylko na weekendy, a często i tak się nie świecą, bo ludziom korki trzaskają. Trzeba czekać - skonkludował mój interlokutor między jednym a drugim zaciągnięciem świeżego powietrza - może włączą, ale mogą też nie włączyć.

Musieliśmy szybko opracować plan B; mamy wtorek, do weekendu daleko. Gdzie, we Wrocławiu, nocą, mogą przytrafić się fotogeniczne lokacje? Ostrów Tumski, światła z katedry kładące się nad Odrą i rzeźba na Wyspie Daliowej - to były propozycje naszych Wrocławian. Szybkie googlanie, o czym mówią nasi gospodarze i wyruszyliśmy w drogę.

Ostrów Tumski i Wyspa Daliowa

Zima, późny wieczór, Odra płynie szeroką, potwornie chłodną wstęgą. Stoimy na betonowym nabrzeżu i patrzymy na pięknie oświetloną Wrocławską Katedrę po drugiej stronie ciemnej wody. Po lewej i po prawej trochę świateł, które interesująco odbijają się w nurcie rzeki. Wiatr kąsa nas w oczy i uszy i gdyby nie to, że jesteśmy w centrum Wrocławia powiedziałbym, że ...chłodno, jak w Kieleckim.

Szybko kadruję i oceniam, gdzie można postawić baletnicę w srebrnych trampkach i białej tutu. Na samą myśl, że zaraz poproszę Maię, by zdjęła spodnie, kurkę i szalik i przez chwilkę udawała, że cieszy się nocnym treningiem nad brzegiem czarnej rzeki, kurczę się w sobie. Robimy kilka rozgrzewkowych kadrów, ustawiam na statywie lampę błyskową, nakładam na ną modyfikator - jak dobrze, że towarzyszy nam mama modelki, dzięki jej czujności i refleksowi wróciliśmy z tej sesji bez strat w ludziach i sprzęcie:

Agata, pięknie Ci dziękuję!

Sesja w takich warunkach nie może trwać długo i nie może odbywać się inaczej, jak tylko kilka minut ogrzewania modelki w kurteczce i/lub pod kocem i minuta zdjeć w pełnym anturażu. Mieliśmy pewne plany co do zdjęć, jakie chcieliśmy tutaj zrobić, ale plany dobrze się snuje w ciepłych wnętrzach nad klawiaturami komputerów, a co innego stać zimową nocą dwa metry od wychładzającej i odbierającej chęć do wszystkiego tafli czarnej wody. Jednak skoro już tutaj jesteśmy - robimy! I robiliśmy. Maia przybierała wdzięczne pozy, a my błyskaliśmy Quadralite Reporter 200 TTL przez RoundFlash Dish. Najpierw martwiłem się, że ten w sumie niewielki modyfikator może sobie nie poradzić, ale już po chwili cieszyłem się, że nie braliśmy nic większego - mielibyśmy tylko kłopot z utrzymaniem wszystkiego w pionie i w odpowiednim kierunku.

Pamiętajcie, by pod żadnym pozorem nie wybierać się na plenerową sesję z lampą błyskową i modyfikatorem na statywie bez asystenta! Musi być ktoś, kto będzie stał i trzymał całość w ręku, przez cały czas. Inaczej będą to najdroższe zdjęcia, jakie zrobiliście ;)

Betonowe nabrzeże Odry ciemną nocą przestało nam się podobać dosyć szybko, a w dodatku nęciła nas błyszcząca srebrem konstrukcja na Wyspie Daliowej. Spakowaliśmy sprzęt uważnie sprawdzając, czy nic nie zostało i pomaszerowaliśmy na kolejną lokację. Spacer był dobry, bo choć stale wiał porwisty wiatr, można było schować się w kurtkach i kapturach. Po przybyciu na miejsce (żałuję, że była ciemna noc i nie mogłem nacieszyć oczu całością najmniejszej wrocławskiej wyspy) zrobiliśmy szybki zwiad po lokacji głośno omawiając alternatywy, pozy i sposoby oświetlenia naszej modelki. Rzeźba jest dużą przestrzenną konstrukcją, składającą się z dmuchanych pasów metalu ustawionych tak, by z boku przypominały ogromną rybę, albo połowę błyszczącego flakonu ułożonego na ziemi (to tylko moje skojarzenia, nie wiem, co miał na myśli Oskar Zięta, artysta, który ją zaprojektował). Dla nas było najważniejsze, że konstrukcja pięknie odbijała światło i już zanim zaczęliśmy zdjęcia wiedziałem, że zrobiłem błąd biorąc tylko jedną lampę błyskową.

Na Wyspie Daliowej spędziliśmy kolejne pół godziny korzystając ze świateł, jakie zapewnił nam projektant rzeźby i Quadralite Reporter 200 TTL z czerwoną folią błyskający przez białą, przejrzystą parasolkę. Użyłem tutaj Olympusa E-M1 mk2 z obiektywem M.Zuiko Digital ED 17 mm f/1.2 który dał mi odpowiednik ogniskowej 35 mm na "pełnej klatce". Musiałem podnieść ISO do 400 przy f/2 i czasie 1/50 sekundy by złapać jak najwięcej odbić ze światła zastanego, próbowałem bowiem uchwycić egzotykę błyszczącej konstrukcji podkreślającej wdzięk tancerki.

Zupełnie na odchodnym, zrobiliśmy jeszcze kilka ujęć naszej baletnicy zapatrzonej w światła miasta odbijające się w rzece i tutaj musiałem zamienić Olympusa na Nikona - było zbyt ciemno i Olympus nie potrafił prawidłowo złapać ostrości, gdy Nikon z obiektywem Sigma Art 18-35 potrafił dokonać tej sztuki; Gdybyśmy zabrali ze sobą Atlasa PRO z jego wyjątkowo mocnym pilotem, nie mielibyśmy cienia tych problemów, ale cóż - tego wieczora w ogóle nie planowaliśmy błyskać, a gdy nie planuję błyskać w ogóle, biorę tylko jednego Reportera 200 TTL ;)

Po tej wieczornej sesji obiecałem sobie, że zimowe sesje i owszem, ale tylko w biały dzień i wśród czystego, białego śniegu. Żadnych nocnych eskapad nad mroźne, czarne wody!

Podsumowanie i bakstejdż

Długo będę pamiętał to lutowe popołudnie - w dzień słońce pięknie świeci i temperatury sięgające kilkunastu stopni, w nocy porwisty wiatr, przymrozek i chłód bijący od czarnej rzeki. Nie wzięliśmy czapek, bo przecież dzień był taki piękny...

Maia okazała się wyjątkowo utalentowaną osobą: śpiewa, tańczy, jeździ konno i w ogóle, Maia - jesteś fantastyczną dziewczyną! Pewnie mogłem zrobić z nią więcej dobrych zdjęć, ale zamiast nad tym rozmyślać cieszę się, że miałem okazję poznać ją, Filipa i Agatę - bardzo Wam dziękuję za wyrozumiałość (w sumie ciągaliśmy ich dziewczynę w nocy po ciemnych i mroźnych zaułkach miasta) i pomoc na sesji!

Maia na Facebooku i na Instagramie @maia_lasota

Sprzęt użyty podczas tych sesji:

Mateuszowi dziękuję szczególnie; za organizację naszej wyprawy, za backstage i filmik do tego wpisu. Panie, jesteś Wielki!

Mateusza możecie znaleźć na Instagramie @iwannaflysohigh

Dodaj swój komentarz