logo

Fotografia produktowa na targach EXPOzycja 2019

Zamiast wstępu
Kto widział, jak wygląda puszka z piwem polewana ciekłym azotem? Chcecie zobaczyć? To czytajcie, a będzie Wam dane ;) (No i na dole nie zapomnijcie dać serducha na Insta!)

Targi EXPOzycja 2019

Zacznę cytatem ze strony organizatora; jest zacny i trafia w samo sedno imprezy:

"EXPOzycja to darmowe wydarzenie organizowane przez firmę Foto-Plus, którego celem jest prezentacja najnowszego sprzętu do fotografii i filmowania oraz przekazanie inspirującej wiedzy.

Nazwa „EXPOzycja” to zabawa słowna mająca na celu podkreślenie charakteru imprezy. Z jednej strony eksponowany będzie nowoczesny sprzęt, a z drugiej prowadzone będą warsztaty uczące, jak ten sprzęt prawidłowo wykorzystywać, czego symbolem jest prawidłowa ekspozycja zdjęcia."

O tym, że będzie to duża impreza, wiedziałem już wcześniej; nie bez powodu media pisały "największe wydarzenie branżowe w południowej Polsce". W południowej, bo wiecie, tymi największymi tak w ogóle, do tej pory były targi Film, Foto, Wideo w Łodzi (ktoś zainteresowany wejściówką na tegoroczne? DM na Instagramie!) To, co zobaczyłem na miejscu przerosło jednak moje oczekiwania! Ta impreza była ogromna, tłum gości zwiedzających stoiska ponad 60 wystawców, pełne sale wykładowe i studia warsztatowe. Serio, Foto-Plus EXPOzycja 2019 to był event przygotowany z niebywałym rozmachem.

Plan na warsztat fotografii produktowej

Przez długi czas naiwnie myślałem, że na stoisku Quadralite będę miał kącik z improwizowanym studiem, gdzie w ciągu dnia kilka razy będę pokazywał różne fotograficzne sztuczki związane z fotografią produktową. Dopiero tydzień przed moim wystąpieniem przyszło mi do głowy, by zerknąć na program imprezy; ilość warsztatów i prelekcji - a przede wszystkim nazwiska prelegentów - sprawiły, że przez chwilę zrobiło mi się ciepło. Wiecie, co innego pokazywać część swojego warsztatu gościom odwiedzającym targi, a co innego wchodzić i prowadzić zajęcia zaraz po ambasadorach topowych marek.

Na samym początku zaplanowałem szybką prezentację; 30 zdjęć, zamiast klasycznych dla mnie, dwustu. To miało być szybkie wprowadzenie w klimat i potrzebę fotografii produktowej, a jako program warsztatu wymyśliłem sobie cztery scenki, od najprostszej przez podstawowe do takich bardziej wyszukanych. Coś, co w teorii brzmi banalnie, w praktyce nie zawsze jest tak oczywiste, dlatego starannie przećwiczyłem sobie wszystkie cztery scenki, jedna po drugiej, tak, jak zamierzałem je pokazywać. Sprawdziłem wszystko na spokojnie w domu i po kilku powtórzeniach swobodnie zmieściłem się w 1,5 godziny, jakie dostałem do dyspozycji. Czułem się pewny i przygotowany.

Jedziemy do Krakowa!

Mój warsztat wg programu miał zacząć się o 16:30 i trwać do 17:50, dlatego, by mieć sporo wolnego czasu na zwiedzanie wystawy i branżowe ploteczki / rozmowy z Lublina wyjechaliśmy chwilę po godzinie 8 rano. Po drodze wstąpiliśmy do laboratorium wydziału medycznego UMCS, gdzie doktoryzuje się Paulina; to przemiłe dziewczę na co dzień pracuje jako genetyk i z racji wykonywanego zawodu ma dostęp do kilku bardzo interesujących fotograficznie artefaktów. Rzeczone artefakty zostały mi wręczone a wcześniej zostałem pouczony o sposobie ich użycia. Napisałbym: jarałem się, ale termos z ciekłym azotem i pudło z suchym lodem, które trzymałem w rękach, skutecznie mnie chłodziły ^^. Wyruszyliśmy.

Generalnie, podróż autostradą A4 jest szybka i spokojna, Mateusz bardzo pewnie prowadzi a Paulina zabawiała nas rozmową o pasażowaniu komórek i myciu jaj (inside jokes). Łatwo się domyślić, że podróżowaliśmy w dobrych nastrojach. Jednak tuż za Tarnowem, 95 kilometrów od celu naszej podróży, nieoczekiwanie stanęliśmy - na drodze przed nami zrobiło się ciasno. Była za kwadrans dwunasta. Kwadrans po dwunastej wiedzieliśmy już, że przed nami jest 4,5 km sznur samochodów, a na samym ich początku, w poprzek naszego pasa leży przewrócony TIR z cysterną. Z której cieknie. Niefajnie. Nigdy nie stałem w tak ogromnym korku, gdzie samochód stoi metr od kolejnego jak wzrok daleko sięga. Ludzie wychodzili, dzwonili, rozmawiali. Zrobiliśmy to samo, bo zanosiło się na dłuższy postój. Chwilę po 13 zacząłem się niepokoić - tak blisko, a tak daleko :/

Od pewnego czasu samochody za nami zawracały i jechały pod prąd pustej autostrady, to samo od czoła korku, od strony wypadku - najpierw pojedyncze auta cofające tyłem po "pasie zakazanym", a potem już dziesiątkami, jadące normalnie, bo miejsca zrobiło się tyle, że można było spokojnie zawrócić. Mateusz patrzył na to wszystko, patrzył na zegarek i rzucił uwagę, że za jazdę pasem zarezerwowanym tylko dla służb, pod prąd autostrady, to konkretny mandat jest. I punktów tyle, że można będzie przesiąść się na rower. Zatem wyszedłem na środek tego pasa, zatrzymałem auto, które akurat chciało nas minąć i zapytałem pana kierowcę, czy będzie tak miły i da mi swój numer telefonu, bym za 10 minut do niego zadzwonił z pytaniem - jak sytuacja, tam w tyle, przy zjeździe. Pan był bardzo wyrozumiały i po 10 minutach, otoczony wianuszkiem innych kierowców widzących moją akcję, dzwoniłem, pytając - i jak tam? "Tutaj nic nie ma, żadnej policji, żadnych mandatów. Jedziemy przez Tarnów, który jest zablokowany, bo tutaj jest kierowany ruch z autostrady, ale ruch, choć powolny, jest płynny." Cóż było robić - wsiedliśmy do auta i ruszyliśmy pod prąd autostradą.

Dziwne to uczucie, jechać pustą autostradą ze świadomością, że jedziemy pod prąd - przecież po drugiej stronie bandy jechały samochody jeden za drugim. W tym samym kierunku co my. Ale naprawdę dziwnie się zrobiło, gdy zobaczyliśmy auto, jadące prawidłowo, to znaczy kursem zbieżnym z naszym, z pełną prędkością. Jedno auto przejazdu nie czyni, ale za chwilkę spotkaliśmy kolejne auto, a zaraz potem pięć następnych. Mateusz zjechał na ten pas zakazany, Paulina szukała przez Internet jakichś newsów - może już jest przejazd? Przejazdu nie było, ale na zjeździe z autostrady stał policjant i kierował ruchem, to znaczy, wciskał co chwilę po parę samochodów z "naszej" autostrady w długaśny sznur aut jadących zjazdem. I co samochód, pan policjant zapisywał jego numer. Słabo. Zanim naszła nasza kolej, wyskoczyłem z auta, podbiegłem do pana policjanta, grzecznie się ukłoniłem i pytam co się dzieje i czy możemy - nie sprawiając nikomu kłopotów - również zjechać z autostrady? Pan policjant, wyrozumiały człowiek, najpierw schował notes, potem powiedział mi, że on wie, że jest wypadek. Wszystkie służby wiedzą, ale w ciągu ostatniego kwadransa odebrali 30 telefonów o samochodach jadących pod prąd autostradą i on został tutaj oddelegowany, by kontrolować sytuację.

- Proszę pana, korek za wami sięga 10 kilometrów - mówił mi policjant. - Gdybym ja chciał dać pouczenie każdemu z tego tysiąca aut, stalibyśmy tutaj do jesieni - policjant skrzywił się do własnych słów. - Wysłali mnie, dlatego kieruję ruchem i notuję numery. Nie wiem, co z tym zrobią. Droga będzie zablokowana jeszcze co najmniej trzy godziny - dodał na koniec. Pomknąłem do naszego samochodu, bo przyszła pora włączyć się do ruchu. Dołączyliśmy i w mrówczym tempie posuwaliśmy się w stronę Tarnowa.

Tarnów to bardzo rozległe miasto, na pewno nie przygotowane na taki potop samochodów. Jechaliśmy bardzo długo, bardzo powoli. Dopiero gdy kwadrans po piętnastej wjechaliśmy na autostradę Mateusz jeszcze raz zapytał, na którą to my mamy ten występ i zaczęliśmy jazdę. Co to była za jazda! Cały czas lewą stroną autostrady, auta po prawej migały nam kolorowo i generalnie, gdyby nie siła non stop wciskająca mnie w kubełkowy fotel, można by rzec - jedziemy na wycieczkę.

Mateusz, a mówiłeś, że napis "sport" na Twoim aucie to tylko naklejka!

Na parking pod Areną Tauron zajechaliśmy 16:15, czyli cały kwadrans do planowanego występu. Spoko. Na miękkich nogach, ale damy radę.

Tauron Arena

Najpierw wpakowaliśmy Paulinę, która następnego dnia miała mieć swoje pięć minut na konferencji genetyków. Nie daliśmy rady zawieźć jej tam, gdzie powinna się znaleźć, nasza koleżanka musiała wołać taksówkę. A my, obładowani torbami, skrzynkami i walizkami, podskakując jak objuczone muły podreptaliśmy na Arenę Tauron.

Ależ to jest ogromny budynek! Każdemu, kto nie widział Areny Tauron w Krakowie gorąco polecam popatrzeć na choćby zdjęcia Google. W dzień to kolos, a co dopiero nocą, gdy zaświecą się neony - to po prostu trzeba zobaczyć!

Na Tauron Arenę przed warsztatami mogłem tylko rzucić okiem, bo wiadomo, czas płynie, a my nie wiemy nawet, gdzie są nasi gospodarze. Dumnie wkroczyliśmy do budynku (jak to brzmi!), kwicząc i stękając przecisnęliśmy się z bagażami przez bramki (ta scena zdecydowanie uwłaczała naszej godności) i już z bilansem godności równym zero, pytaliśmy kolegę i koleżankę czuwających przy wejściu, jak trafić na stoisko Quadralite. Bo błyskawicznym przedstawieniu się (byliśmy na liście VIP, a co) przystojna hostessa zaprowadziła nas do windy i zawiozła na drugie piętro. Tam wskazała nam nieodległy stolik, gdzie już machała do nas Ida z ekipy Quadralite.

Była 16:20

Prowadzę warsztaty w Studio S1

Przywitaliśmy się z Idą, Piotrem i Pawłem i wygruzowaliśmy się na stos, tuż obok stoiska. Zamieniliśmy dwa zdania, dostaliśmy nasze identyfikatory i nagle rozmawialiśmy z gośćmi zwiedzającymi stoiska wystawców; mamy identyfikatory, stoimy przy stoisku, więc na pewno wszystko wiemy. Miałem okazję pokazać mój prywatny sholder i zapewnić, że wieszam na nim z powodzeniem Hexadecagon 120 z Reporterem 200 TTL w środku. Pokazałem też różnice między Atlasem 600 PRO a 400 PRO i tyle było mojej kariery wystawcy, bo studio S1 właśnie się otworzyło po skończonej prelekcji.

Tutaj bardzo sympatyczna sytuacja; zobaczyłem Piotra Wernera, ambasadora Quadralite. Znam go z Internetów, więc podchodzę i witam się jak ze starym znajomym, zapominając, że osobiście widzimy się po raz pierwszy ;) Prawdą jest to, co o nim słyszałem wcześniej - super gość i wszyscy go lubią. Trudno, by mogło być inaczej; Piotr to naprawdę super gość! Potem, już podczas mojego warsztatu, Piotr pomagał mi ze sprzętem, którego nie znałem. Bardzo sobie cenię takie koleżeńskie zachowania, bez zadęcia, tak po prostu.

W tym momencie zobaczyłem, że nadal jestem w podróżnych ciuchach i choć były w stanie, który mężczyźni określają "jeszcze może być", biała grafika na piersi kolidowała mi z miejscem, w jakim miałem za chwilę wystąpić. Szybkie hasło do Mateusza i biegniemy do auta, by się przebrać. A teraz wyobraźcie sobie scenę:

Wychodzimy z budynku, nasz samochód stoi na parkingu, 50 m obok. Ludzi nie ma wielu, ale jednak jest to publiczne miejsce. Mateusz patrzy i mówi - auta nie zamknęliśmy. Patrzę i ja, na dachu stoi czerwony napój, jaki sobie przygotowałem na zajęcia.
- Fajnie, mówię. - Przynajmniej nikt mi picia nie zabrał.
- Taaa, picia... - Mateusz pokazuje na szeroko otwarte drzwi samochodu.
Nie zamknęliśmy auta, literalnie. Nikt niczego nie ruszył, nikt się nie zainteresował. Błyskawicznie zmieniam ciuchy, biegniemy do studia S1. Poprzednia prelekcja przeciągnęła się 10 minut, więc ze wszystkim zdążyliśmy na czas.

Wchodzimy z tobołami do studia, a tam sala po brzegi wypełniona ludźmi. Każde krzesełko zajęte, ludzie stoją pod ścianami, ludzie siedzą na podłodze. Gdybym miał czas i siłę, z wrażenia pewnie bym się zdenerwował. Ale nie było czasu, podróż też, nazwijmy to - była męcząca - więc, jedziemy z warsztatem.

Sądząc po reakcjach, moja prezentacja podobała się ludziom. Głównie wtedy, gdy pokazywałem na przykładach, że nie zawsze ten jest PRO, co ma swoje studio i dziesięć lat praktyki ;)

Sam warsztat, tak jak zaplanowałem, przebiegał 4 etapowo:

  1. prosty packshot przy świetle padającym od tyłu (w domyśle: z okna w mieszkaniu),
  2. profesjonalny packshot: biała tubka na białym tle,
  3. puszka z piwem na białym stoliku, potem na stoliku czarnym, a na koniec
  4. scenka z efektami specjalnymi w postaci dymu, generowanego najpierw przez kostki zestalonego dwutlenku węgla polewanego ciepłą wodą, a potem jazda bez trzymanki i lanie płynnego azotu na wieczko zielonej puszki z piwem.

Przygotowując się przed tymi zajęciami, mierzyłem sobie spokojnie czas, którego potrzebuję na zmiany światła, kolejne statywy, dodatkowe reflektory, murzynki i kawałeczki tła. Czego nie wziąłem pod uwagę, to nowego miejsca, półmetrowego, aluminiowego pieńka sterczącego z podłogi pośrodku mojego stanowiska i pytań ze strony publiczności. Ocknąłem się o 18:10 gdy zaczęliśmy budować scenkę. Wiedziałem, że po moich zajęciach w planach studia S1 nie ma już nic więcej, dlatego nie przejąłem się bardzo - skoro zebrana publiczność chce patrzeć, zadaje pytania, komentuje i aktywnie uczestniczy - robimy. I robiliśmy, dopóki obsługa sali dyskretnie nie zaczęła demontażu za moimi plecami ;)

Tą część opowieści podsumuję w ten sam sposób, w jaki podsumowałem swój warsztat:

Mam nadzieję, że każdy z tak licznie zebranej publiczności usłyszał, zobaczył i/lub dowiedział się czegoś, co pozwoli mu pchnąć swoją fotografię choćby metr do przodu. Spotkania, takie jak to nie służą do podawania gotowej recepty, są raczej podpowiedzią co, jak i w którym kierunku można zrobić.

Podsumowanie mojej wizyty w Krakowie

Kraków jest piękny o tej porze roku! Klimat całego starego miasta to coś mniej więcej takiego, jak piątkowy wieczór w Lublinie, pod Chatką Żaka, bardziej w kierunku Ugryź Przegryź; co chwilę grupki zadowolonej z życia młodzieży. Bardzo wesoło, ale bez śladów agresji. Remonty na ulicach, brak sygnalizacji świetlnej na przejściach w centrum miasta - i żaden kierowca nie próbował wymusić na nas pierwszeństwa, czy byliśmy pieszo, czy autem. Serio, to naprawdę miasto pełnej kultury.

Nasi gospodarze zapewnili nam hotel w uroczej lokalizacji. Z basenem i przepięknym ogrodem, w którym jedliśmy śniadanie. Zwiedziłem Wawel z obowiązkowym Smokiem, obeszliśmy calutki rynek, oglądaliśmy katedry, wieże ratuszowe i nawet załapałem się na hejnał :)

Ale gołębie! Zawsze myślałem, że Kraków jest nakryty skrzydłami gołębi a jego chodniki są pokryte gołębim guanem. Ku mojemu zaskoczeniu, gołębi jest może 1/5 tego, co obecnie w Lublinie i - to najciekawsze - "nasze" gołębie są większe. Czasami nawet dwa razy! W Krakowie nawet kawki są większe od gołębi, a szpaki i kosy między gołębiami czasami trudno odróżnić od tych pocztowych zasrańców. No, ale też nie widziałem w Krakowie nikogo, kto z torbą pełną bochenków chleba dokarmia suto te ptaszydła. Mówię wam - Kraków to stolica kultury.

Bardzo chętnie przyjadę do Krakowa, gdy tylko pojawi się kolejna, warsztatowa okazja.

Koniecznie zobacz moją fotorelację z tych warsztatów na Instagramie - dajcie serducho, zostawcie komentarz, wiecie, jak to działa ;)

Bardzo, bardzo gorąco dziękuję za tak pozytywny odzew i komentarze! To niezwykle ważne dla prowadzącego - wiedzieć, że jego sposób narracji się podoba, no i jaka przyjemność dla mnie, jako zwykłego człowieka :)

Ida, Marcin, Piotrze - bardzo Wam dziękuję za pomoc z ogarnięciem miejsca, czasu i nieznanych mi akcesoriów studyjnych; dobrze jest wiedzieć, że gdyby co, czuwacie :)

Mateusz, jak zwykle okazał się niezastąpionym asystentem i przewodnikiem w podróży. Panie Mateuszu, Twój zmysł taktyczny nas uratował! Tylko dzięki przytomności i Twojej zimnej krwi udało nam się dotrzeć na czas i pięknie Ci za to dziękuję!

Specjalne podziękowania należą się też Paulinie, bez pomocy której mój pokaz nie byłby tak ...pokazowy ;)

EXPOzycja 2019 Info na stronie organizatora: https://www.fotoplus.pl/expozycja/
Program eventu: https://www.fotoplus.pl/expozycja/program
Prelegenci: https://www.fotoplus.pl/expozycja/prelegenci

Cysternę z autostrady A4 za Tarnowem ściągnięto i ruch wrócił do normy dopiero po godzinie 21 wieczorem.

Dodaj swój komentarz