logo

Ewelina w jabłoniowym sadzie

Zamiast wstępu

czyli słowo o kolaboracjach

Od dawna zazdrościłem zachodnim youtuberom tego, że potrafią ze sobą kolaborować i tworzyć z tego świetny materiał, tak wideo, jak i fotograficzny. Co więcej, to, że jedna/jeden z nich ma milion followersów, a drugi "tylko" pięćdziesiąt tysięcy - wcale przeszkadza im świetnie się razem bawić. Też tak chciałem, ale, że nie znałem nikogo z milionem subów na youtube, ograniczyłem się do tych, których znam i lubię, tak po prostu.

Kolaboracje między artystami są fajne. Nigdy nie ma tak, by każdy wiedział wszystko, potrafił wszystko i wszystko robił tak samo. Patrząc na innego artystę przy pracy notuję w głowie, co mogę zmienić czy poprawić w moim osobistym workflow. Czasami jestem zdumiony tym, jak ktoś inny zabiera się do pracy. Czasami patrzę i uśmiecham się, bo wiem, że można to samo zrobić prościej i szybciej. Wiem, bo albo już przez to przechodziłem i z mozołem odkrywałem szczegóły, albo ktoś inny mi pomógł. Teraz ja pomogę tobie :)

Piszę o kolaboracjach między artystami, a nie między posiadaczami aparatów fotograficznych, bo spotkałem się z pytaniami typu: "Dlaczego ty pokazujesz swoje setupy oświetleniowe? Nie boisz się, że ktoś będzie robił tak samo?" Odpowiem krótko - nie, nie boję się. Nawet gdy ustawisz światło tak samo jak ja, nawet gdy aparat ustawisz tak samo jak ja - model będzie patrzył na ciebie inaczej, retusz zrobisz inaczej. Nie zrobisz zdjęcia takiego samego jak ja, bo myślisz i czujesz inaczej. I najważniejsze - na co komu drugi Peter Bielack? Bo jasnym jest, że w całym procesie nie ma czarów i jeśli ktoś bardzo chce, zrobi identyczne fotografie. Tylko, po co?

I wracamy do sesji w sadzie.

Z Eweliną kolaborujemy dłuższy czas, ale do tej pory ograniczało się to do zaplecza, warsztat, technikalia, obce oczy widzą więcej na twoich pracach. I chociaż cenię ją głównie za to, jak fantastyczną jest osobą, to przecież nie można nie zauważyć, jak interesująco wygląda - smukłości, rudości, piegowatości - od dawna próbowałem namówić ją na zdjęcia, ale jak to z fotografami bywa, mało który chce wystąpić po tej drugiej stronie obiektywu. Dlatego, gdy Ewelina napisała pewnego wieczoru z pytaniem, czy moja propozycja jest nadal aktualna i czy zrobimy jej zdjęcia, bez wahania potwierdziłem.

Ewelina w jabłoniowym sadzie
Ewelina w jabłoniowym sadzie
Ewelina w jabłoniowym sadzie
Ewelina w jabłoniowym sadzie
Ewelina w jabłoniowym sadzie
Ewelina w jabłoniowym sadzie
Ewelina w jabłoniowym sadzie

Sesja w jabłoniowym sadzie

Ewelina przywiozła nas do swojego ulubionego sadu i pokazała jedno, szczególne dla niej miejsce; niska jabłoń z resztką wiszących jabłuszek i całą masą opadniętych jabłek dookoła. Jedna z gałęzi tworzyła łuk, naturalne obramowanie, dostrzegłem to od razu i wiedziałem, że ta gałąź będzie grała główne skrzypce na moim obrazach. Ewelina opowiadała nam historię tego miejsca i pokazała resztę rekwizytów, które przygotowała. Maszyna do szycia, starsza pewnie niż my dwoje razem wzięci i materiały, z których szykuje scenę do swoich kolejnych sesji.

Gdyby ktoś był nieświadomy:

Ewelina, wzięty fotograf rodzinny publikująca pod marką Obrazowisko, każdą swoją sesję planuje i własnoręcznie szyje do niej rekwizyty; każde porteczki, każda czapeczka, każdy grzybek, sówka, lisek czy kotek jeszcze chwilę temu były tylko materiałem, gąbką i/lub poduszką. Za każdym razem, gdy patrzę na jej rękodzieło, jestem tak samo zdumiony! Są ludzie, co mają talent!

Wspólnymi siłami ustawiliśmy scenę: maszyna, która gdzieś na przestrzeni ostatniego stulecia stała się nieodłączną częścią metalowego stolika, ważyła swoje, a z magazynku do sadu był ładny kawałek. Wąskie nóżki stolika zapadały się cały czas w żyznej glebie sadu, więc podłożyłem pod każdą solidny patyczek. Zebraliśmy setkę opadniętych jabłuszek na jedną, potem drugą kupkę. Jeszcze tylko koszyk z materiałami, szpulka nici do maszyny, przewlec ją i woila, gotowe. Zabrałem się za ustawianie światła.

W tym miejscu pojawia się bohater filmu i mojej relacji - Gufi. Piesio, który zobaczywszy ruch za swoim ogrodzeniem przybiegł do nas i bardzo, baaardzo, ale naprawdę baaaaardzo chciał pomagać. A w międzyczasie chciał polizać. I szarpać za portki. Wiecie, takie nieokiełzane sześć kilogramów szczęścia z drobniutkimi ząbkami. Każdy ruch trzeba było planować, by nie tylko nie wydziubać sobie oka gałązką (to były niskopienne jabłonie), by nie wdepnąć i nie klęknąć na przejrzałym jabłku ukrytym w trawie, nie siąść na jabłku, w którym ucztują osy i nie potknąć się o pieska, który, literalnie, był wszędzie. Gufi był przesłodki i rozedrgany szczęściem, ale w pewnym momencie zabrałem go i odniosłem na jego własne podwórko. To znaczy, przechyliłem się przez ogrodzenie i odstawiłem go na ziemię, ale zanim zrobiłem trzy kroki w stronę naszego stanowiska, głośny śmiech dziewczyn podpowiedział mi, że coś jest nie tak. Nasz pomocnik miał zawczasu przygotowany podkop i wybiegł z niego zanim się odwróciłem. Towarzyszył nam do samego końca sesji.

Ustawiam światło

Był dwudziesty września, niebo praktycznie bezchmurne, słońce zachodziło spokojnie, plamiąc światłem przestrzenie między jabłoniami. Naprawdę, wyglądało to zjawiskowo! Zaplanowałem zdjęcia wprost pod to zachodzące słońce, dlatego w głowicę TwinHead S-Holder zamontowałem dwie lampy Quadralite Reporter 200 TTL. Ten zestaw zamknąłem w głębokim softboksie parabolicznym DUMB 90, całość zamontowałem na statywie typu boom. Ustawiłem światło tak, by lampa błyskała od mojej lewej strony i tak rozpoczęliśmy sesję. Jak zwykle, słonce zachodziło znacznie szybciej, niż sobie to zaplanowałem, więc musieliśmy się sprężać. Na szczęście nasz Pomocnik troszkę się oswoił z sytuacją i pomagał tylko trochę. Zresztą, w międzyczasie podchodziły do nas jeszcze dwa inne, znacznie większe psy, ale nie podchodziły zbyt blisko, więc i ja im nie dokuczałem.

Słoneczko zaszło szybciej, niż chciałem, dlatego za naszą modelką postawiłem trzeciego Reportera 200. Zamocowałem na nim wrota własnej roboty, którymi przycisnąłem pomarańczowy żel, wycelowałem światło w plecy i włosy Eweliny "pomagając" słoneczku, by zachód trwał chwilę dłużej.

Lighting diagram Ewelina

Miejsce było tak urokliwe, atmosfera wręcz migotała światłem, że zamarzył mi się biały dym, snujący się niziutko po ziemi. Wpisałby się w ten klimat znakomicie. Nie mieliśmy ze sobą ani maszyny do dymu (prądu zresztą też nie mieliśmy), nie mieliśmy białej fontanny dymnej, ale mogliśmy zrobić ognisko! Jako, że chciałem skorzystać z ostatnich promieni słońca, poprosiłem okoliczną młodzież o pomoc w rozpaleniu ogniska. Było przy tym kilka zabawnych sytuacji, i niestety, nie udało nam się tego ogniska rozpalić. Chłopaki byli bardzo sympatyczni i pomocni, ale appka do rozpalania ogniska nie działała. Cóż zrobić, taki IRL ;)

Chłopcy mieli jednak coś fajniejszego, niż ognisko - Królisia. Króliś był bardzo puszysty, mięciuchny i bardzo zestresowany; łypał swoim oczkiem w moją stronę i nie wiem, bardziej się bał, czy planował ucieczkę? Patrzyłem przez obiektyw na Ewelinę tulącą zwierzątko w próbach uspokojenia, i słuchałem historii o jego słynnej już w okolicy, ucieczce. Podobno udało się go złapać dopiero po kilku dniach! Taki spryciarz, a nie wyglądał :)

Za to Ewelina, w swojej turkusowej sukni, przepasana przeze mnie trenem z dodatkowego kawałka materiału, siedząca pod jabłonią, za starą maszyną i trzymająca Królisia wyglądała niezwykle. Dziwnie się czułem robiąc takie zdjęcia, bo klimat był kompletnie odmienny od tego, czego oczekuję na swoich sesjach, a mimo to, bawiłem się świetnie. Wiedziałem też od razu, że będą to zdjęcia inne niż reszta w moim folio.

Czyje są takie kolaborowane zdjęcia?

Patrzę ponownie na fotografie, jakie udało mi się zrobić tamtego dnia. Naiwnością byłoby, gdybym twierdził, że są to "moje" zdjęcia. Co ważniejsze - nie ma dla mnie znaczenia, że nie są to tylko moje zdjęcia! Pomysł był Eweliny, stylizacja była Eweliny, to ona ustaliła lokację. Ja przywiozłem swój sprzęt (choć 50 metrów dalej znajduje się w pełni wyposażone studio Eweliny), bo wiem, co mogę a czego nie. Ja wymyśliłem światło, pozy i zagrania, ja zrobiłem retusz, po swojemu. Ale bez Małgonety na planie, która na sesji jest moją prawą ręką, nie zrealizowałbym założonego planu. I gdyby ktoś bardzo chciał ustalić, czyje są te zdjęcia powiedziałbym: nasze. Kolaborowane.

Ogromne dzięki Ewelinie i Małgonecie za ten magiczny wieczór!

Ewelina w jabłoniowym sadzie
Ewelina w jabłoniowym sadzie
Ewelina w jabłoniowym sadzie
Ewelina w jabłoniowym sadzie
Ewelina w jabłoniowym sadzie
Ewelina w jabłoniowym sadzie

Linki na tyle istotne, że warto je odwiedzić:

Dodaj swój komentarz